Zakładam, że posiadamy pocztę
e-mail, która dobrze filtruje spam, a w naszej skrzynce odbiorczej lądują tylko newslettery i promocje, do których dobrowolnie
zapisaliśmy się.
Często
nowe newslettery trafiają do naszych inbox'ów jako efekt uboczny zakupów
online, ale niektóre sklepy i firmy grzecznie zapraszają nas do
subskrypcji kusząc dostępem do ofert specjalnych i promocji, więc
zaznaczamy "tak".
Z
czasem nasza lista newsletterów powiększa się, a niektóre z nich
dostają wyrok śmierci - "oznacz jako spam" i trafiają na wieczne
potępienie. Tak jest szybciej - zamiast logować się "gdzieś tam" i
wypisywać się subskrypcji odpowiadając na pytania: "Czy na pewno chcesz
zrezygnować?" albo czytając informacje typu "Wypisanie się z newslettera
ograniczy Twój dostęp do promocji sklepu XYZ, czy na pewno chcesz się
wypisać?", załatwiamy sprawę jednym "klik".
Co w takim razie straszy w newsletterach?
Firmowe
newslettery często trafiają do śmieci, nawet nigdy nie otwarte. Aby
zmniejszyć prawdopodobieństwo, że nasz obrandowany piękny mail wyląduje w
internetowej otchłani, trzeba po pierwsze pomyśleć o jego odbiorcach,
czyli potencjalnych konsumentach, którzy będą czytać jego tytuł, aby
następnie decydować w ułamkach sekundy, czy go w ogóle otworzyć,
obejrzeć, a może i kliknąć. Inteligentny i treściwy newsletter to taki,
który zadźwięczy w ich głowach i wzbudzi ciekawość wobec reklamowanych
produktów i przekazywanych informacji.
Czego firmy powinny unikać jak ognia albo robaczywej piekielnej śliwki?
Okaleczony design
Najbardziej
straszą newslettery z zakurzonymi i przeterminowanymi zdjęciami ze
stoków, a za nimi w parze idą nieudane zdjęcia z sesji wizerunkowych
oraz nieestetycznie sfotografowane packshoty. Zdjęcia w newsletterze
powinny działać jak magnes albo inaczej - pięknie zapakowany cukierek,
którego będziemy mogli skosztować po kliknięciu na maila.
Jeśli
jesteśmy w sytuacji, kiedy nie mamy jeszcze dobrych zdjęć wizerunkowych
(oczywiście mam na myśli szeroko pojętą modę), może warto poczekać z
wystartowaniem wysyłania regularnego mailingu. "Damage control" to
niełatwy orzech do zgryzienia. Gdy firma nadszarpnie swój wizerunek,
nawet za pośrednictwem niewinnego maila, naprawa błędu zajmie o wiele
dłużej niż klikniecie "wyślij do wszystkich".
Jeśli
chodzi o zdjęcia i projekty newslettera, ponownie odwołam się do
Net-a-Porter.com, gdyż najlepiej uczyć się od mistrza. Samo patrzenie na
mailing z tego butiku to przyjemność - wizualnie i informacyjnie -
wiadomo co, kto, tylko nie za ile… trzeba kliknąć. Projekt newslettera
jest konsekwentny z interfejsem i layoutem, od czcionek po cały styl
strony butiku i jego magazynu online. Wszystko przedstawione jest jasno i
czytelnie, nie zapominając o perfekcyjnych zdjęciach obrazujących temat
wiadomości. Warto zapisać się, jako dostęp do know-how. Z resztą w
ramach benchmarkingu - trzeba podglądać newslettery najlepszych i
wyciągać wnioski dla siebie.
Jeśli
korzystamy z serwisu mailingowego i szablonów, powinniśmy zrobić
wszystko co w naszej mocy, aby spersonalizować wygląd newslettera.
Jednak nic nie da większej gwarancji na sukces jak autorskie wzory i
layouty maili.
Nadgorliwość jest gorsza od… diabła
Nie
należy wysyłać mailingu częściej niż raz dziennie. Co za dużo, to nie
zdrowo - tutaj akurat dla firmy, bo konsument nie zje, tylko wyrzuci do
kosza, albo (o zgrozo) do spamu. Odstraszając konsumentów, odstraszamy
również ich portfele. Świetnym rozwiązaniem jest regulowanie
częstotliwości mailingu przez samych odbiorców. Taką opcję można
zaoferować w momencie rejestracji lub dobrowolnej subskrypcji. Opcje
powinny obejmować mailing dzienny, cotygodniowy, a nawet miesięczne
podsumowania. Oczywiście zależy to od rodzaju biznesu, ilości
oferowanych produktów, promocji lub publikowanych informacji, np.:
premiera kampanii, itd. Wybór częstotliwości maili może ograniczyć
liczbę osób wypisujących się, a powiększyć liczbę tych dołączających do
listy.
Bardzo
atrakcyjną opcją jest umożliwienie konsumentom otrzymywania maili,
kiedy produkty wcześniej niedostępne w ich rozmiarze, czy kolorze są
ponownie dostępne. Coraz więcej sklepów oferuje taki serwis. Proste, a
jak genialne - niczym przypominajka "kup mnie".
Konkretny, ale chwytliwy tytuł
Jeśli
newsletter ma w ogóle zostać otworzony, powinien posiadać dobry tytuł. A
to oznacza przekazanie w jednym, krótkim zdaniu lub równoważniku zdania
- czego możemy spodziewać się w środku i dlaczego jest to
super-mega-ekstra-ciekawe i dla MNIE, na przykład: "Sukienki: tegoroczne
trendy i jesienna wyprzedaż >> Swetry 20% taniej! <<"
Bez "rąk i nóg" i do nie tego odbiorcy
Newslettery
i mailingi, które są za ogólne i błędnie spersonalizowane ślą w świat
wiadomość, że nadawca nic nie wie o swoim odbiorcach i ich potrzebach.
Może być to odebrane w na wiele sposobów, na przykład, że firma nie
traktuje poważnie swoich klientów, albo jako zwykła niechlujność -
"poleciało do wszystkich". Przykład? Jestem kobietą, dostaję mailing o
nowościach w kolekcji dla panów. Mieszkam w Warszawie, dostaję
zaproszenie na promocję do sklepu we Wrocławiu, itd, itd. Należy
wykorzystać w 100% wszystkie dane, jakie posiadamy o swoich
subskrybentach, aby budować mailingi dostosowane poszczególnych grup
odbiorców, kiedy tylko mamy ku temu okazję.
Być może rady ogólne, ale jak to życie weryfikuje - mimo, że diabeł tkwi w szczegółach, błędy często tkwią u podstaw.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz